Zauważyłam, że mam kłopot z chodzeniem bez celu… z tym, żeby tak po prostu wyjść z domu i iść nie mając jakiegoś konkretnego zamiaru lub chociaż pretekstu.
Czuję się nieswojo i niepewnie ogołocona z celowości. Po co poruszać się, jeśli nie ma żadnego “po co”? A przede wszystkim gdzie poruszać się, jeśli nie ma “po co”? W którym kierunku pójść po wyjściu z bramy kamienicy? Nad Wisłę? Na błonia? Na Rynek? W stronę Kopca Kościuszki? Jak długo iść?
Chodzenie bez celu wydaje mi się czymś podejrzanym i złym. Czymś w rodzaju… marnowania czasu…
Potrzeba uzasadnienia trzyma mnie mocno w domowym bezruchu. Skąd w niej tyle siły? Wyszukuję absurdalne preteksty do wyjścia z domu w rodzaju: zakup paczki rodzynków, albo konieczność skorzystania ze słonecznych promieni (w końcu mamy jesień i dni coraz krótsze i słońca coraz mniej…).
Ale kiedy mam już ten Cel, to często niewiele zostaje z samego chodzenia. Mój cel, jak katapulta, wysyła mnie o kilka kroków za daleko na to, aby doświadczyć samego włóczenia się bez celu…
Trzeba ćwiczyć bezcelowe chodzenie. Wałęsanie się. Włóczenie.
Przejdę się gdzieś…
